
Zawodnicy Energylandia Rally Team zakończyli drugi etap maratoński podczas tegorocznego Rajdu Dakar. Trasa prowadząca do Biszy liczyła 420 kilometrów odcinka specjalnego, zdominowanego przez piach oraz wydmy.
Po wcześniejszym zwycięstwie, jako pierwsi na trasę wyruszyli Eryk Goczał i Szymon Gospodarczyk. Tuż za nimi wystartowali Michał Goczał i Diego Ortega.
Otwieranie trasy na pustyni
Start z pierwszej pozycji oznaczał dla polskiej ekipy konieczność samodzielnego wyznaczania szlaku. Brak śladów innych pojazdów wymusił na nawigatorach maksymalne skupienie, by uniknąć błędów w trudnym terenie. Pomimo tej odpowiedzialności, wszystkie trzy załogi zespołu dotarły do mety, utrzymując się w rywalizacji.
Eryk Goczał tak opisał swoje doświadczenia z tego odcinka: Kończymy dakarowy maraton. To był chyba najbardziej wymagający i najbardziej szalony odcinek specjalny w moim życiu. Byliśmy dzisiaj pierwszą załogą na trasie. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji – zazwyczaj widzimy już zarówno ślady innych samochodów, jak i motocykli. Tym razem nie było przed nami absolutnie nikogo. Szymon musiał bardzo mocno skupić się na nawigacji a ja starałem się jechać tak, żebyśmy się nie zgubili. W dodatku pękł nam drążek kierowniczy, więc straciliśmy nieco więcej czasu. Tak czy inaczej, otwieranie trasy na Dakarze było świetnym doświadczeniem. Cieszę się, że jesteśmy na mecie i wracamy na biwak.

Problemy techniczne i nawigacyjne na wydmach
Oprócz trudności z orientacją w terenie, załogi musiały radzić sobie z usterkami mechanicznymi. Szymon Gospodarczyk, pełniący funkcję pilota Eryka Goczała, wspomniał o zamieszaniu na trasie, gdy do czołówki dołączyli inni zawodnicy: Bycie pierwszym na trasie stanowiło duże wyzwanie, ale myślałem, że będzie gorzej. Dwa razy lekko się zakopaliśmy, ale szybko sobie z tym poradziliśmy. Natomiast później dojechał do nas Toby Price i tworzył dosyć dziwny ślad. W pewnym momencie zjechała się tam cała czołówka i wszyscy szukali waypointa. Stwierdziliśmy z Erykiem, że musimy jechać po swojemu i nie zwracać uwagi na ślady, bo było tam mnóstwo zamieszania. Złamaliśmy też drążek kierowniczy, ale Eryk kolejny raz pokazał, że jest znakomitym mechanikiem, więc szybko go wymieniliśmy. Najważniejsza była dziś meta.
Marek Goczał borykał się z awarią zawieszenia, co znacząco wpłynęło na komfort i tempo jazdy: To były dla nas bardzo długie dwa dni. Jechaliśmy praktycznie bez amortyzatorów, więc możecie sobie wyobrazić, jak się teraz czujemy. Odbijaliśmy się od trasy jak kangur. Nie wiem co się stało, nie mogliśmy nic z tym zrobić. Szczęśliwie jesteśmy na mecie – zobaczymy, co Dakar przyniesie nam w ostatnich dniach.

Z kolei Michał Goczał poinformował o licznych uszkodzeniach ogumienia: Wspólnie z Erykiem byliśmy dzisiaj pierwszymi załogami na trasie, więc sama meta jest dla nas sukcesem. Przebiliśmy dzisiaj cztery opony. W pewnym momencie nie mieliśmy już żadnych kół zapasowych a z dwóch kolejnych opon schodziło nam powietrze. Jedno koło pożyczył nam Eryk z Szymonem i jakoś dojechaliśmy do mety. Było ciężko, dwa razy przez dłuższy czas szukaliśmy waypointa, ale takie są rajdy. Bycie drugim na trasie to była super przygoda i chciałbym to kiedyś powtórzyć.
Dalszy przebieg rajdu do Al Henakiyah
Kolejny dzień rywalizacji to odcinek z Biszy do Al Henakiyah. Organizatorzy zapowiadają skomplikowany układ trasy, który może utrudnić orientację. Zawodnicy mają do pokonania 346 kilometrów odcinka specjalnego oraz trasę dojazdową o długości 537 kilometrów.


