F1RECENZJE

F1: Drive to survive – recenzja

F1: Drive to survive – recenzja

8 marca obchodziliśmy dwa ważne święta. Dzień kobiet, a także premierę serialu dokumentalnego traktującego o Formule 1 na platformie Netflix. Chyba każdy fan tego sportu czekał na to, co przygotowali nam twórcy, już od pierwszych zapowiedzi. Minął tydzień od ukazania się wszystkich dziesięciu odcinków. Duża część z Was zapewne już zapoznała się z całym materiałem. Pora więc na moją recenzję tego serialu. Jeżeli jednak z jakiegoś powodu nie oglądałeś/aś F1: Drive to survive – zrób to, warto. Dlaczego? Zapraszam do lektury!

10 odcinków po 30-40 minut – właśnie tyle dostaliśmy od twórców serialu w ramach pierwszego sezonu. Już wiemy, że pojawi się także druga odsłona, do której zdjęcia trwają już od jakiegoś czasu. Wiadomo, że Robert Kubica odegra w nim znacznie większą rolę niż w sezonie pierwszym, gdzie pojawił się tylko na jednym kadrze. Teraz Polak był śledzony przez kamery Netflixa przy okazji ogłoszenia jego powrotu w zespole Williams, na konferencji w Warszawie, a także przy okazji rowerowych przejażdżek.

F1
Lando Norris, McLaren

8 z 10 zespołów

Niestety, nie każdy zespół zgodził się na filmowanie ich za kulisami. Szkoda jest tym większa dla dobra produkcji, gdyż są to Mercedes i Ferrari – dwie czołowe ekipy. Trzeba otwarcie przyznać, że to wpływa na zdecydowanie gorszy odbiór serialu jako całości. Często przewijają się stwierdzenia o zespołach na czele, ale nie mamy tak naprawdę okazji niczego się o nich dowiedzieć. To jeden z największych mankamentów merytorycznych pierwszego sezonu „Drive to survive”. Miejmy nadzieję, że po jego sukcesie, czołówka zmieni nieco podejście do kamer w garażu. Bardzo dużo uwagi poświęcone zostało za to zespołom: Red Bull Racing, Renault i Haas.

Duża część serialu skupia się na wielopoziomowej rywalizacji na linii Red Bull-Renault oraz Haas-Renault. W tym aspekcie możemy się także dowiedzieć dużo nowości, jako fani Formuły 1. Mamy okazję zobaczyć, jak padok reagował na kolejne wypadki Romaina Grosejana. Interesujące są także przepychanki między Christianem Hornerem i Cyrilem Abiteboulem o silniki i Daniela Ricciardo. Sporo dowiemy się także o funkcjonowaniu i motywacjach jedynego amerykańskiego zespołu w stawce – Haas F1 Team. Niestety, wciąż część wątków potraktowana została po macoszemu. Osobiście bardzo liczyłem na nieco większą ekspozycję kraksy Maxa Verstappena i Daniela Ricciardo z Grand Prix Azerbejdżanu. Liczcie się z tym, że możecie nie zobaczyć na ekranie wszystkiego, co wydarzyło się w sezonie 2018.

F1
Lance Stroll, Racing Point F1

Kwestia Williams Racing

Zespół Williamsa również ma swój epizod. Cała społeczność Formuły 1 pochyla się nad tym legendarnym teamem, który był w stanie wygrywać Mistrzostwa Świata w przeszłości. Nie mamy okazji oglądać tej ekipy na ekranie zbyt długo, ale jak już się pojawia, wywołuje to mieszane uczucia. Występ Claire Williams jest bardzo szczery, ale w mojej ocenie nie wszystkie jej wypowiedzi powinny pojawić się na wizji. Słyszymy bardzo poważne wątpliwości szefowej zespołu co do sensu jej dalszego obejmowania stanowiska. Pada także zdanie „Jest szybszy od naszego samochodu” w kontekście zabawki. Może to jest prawda, ale nigdy takie słowa nie powinny być wygłaszane do szerszej publiki. To dosadnie pokazuje całkowicie skopane morale Williamsa i nie wpływa korzystnie na i tak już zszargany wizerunek.

Świat nie jest czarno-biały

Oglądając kolejne odcinki serialu traktujące o rywalizacji Renault z Red Bullem, Pereza z Oconem, Magnussena z Hulkenbergiem itd. można odnieść wrażenie, że narrację poprowadzono w bardzo przemyślany sposób. Nie chciałbym zdradzać zbyt dużo fabuły osobom, które być może jeszcze nie zapoznały się z produkcją, ale wystarczy chyba dość ogólne stwierdzenie. W Drive to Survive rysuje się jasny podział na dobrych i złych. Tymczasem w rzeczywistości nic nie jest tak oczywiste, zwłaszcza w świecie Formuły 1. To kolejny aspekt „show”, które producenci zaimplementowali do serialu.

Każdy kierowca jest także przedstawiany jako potencjalny Mistrz Świata, któremu do sukcesu brakuje tylko lepszego samochodu. Cóż, na pierwszy rzut oka wydaje się to nieco zabawne, ale akurat z tego zarzutu producenci mogą się dość łatwo wybronić. Otóż Formuła 1 to bardzo elitarny sport, na gridzie mamy zaledwie 20 kierowców. Bez względu na to, co mówią niektórzy kibice – nie ma w tym gronie zawodników wybitnie słabych, zwłaszcza w sezonie 2018. Teoretycznie każdy kierowca wsadzony w bolid Ferrari czy Mercedesa byłby w stanie przywozić regularne podia czy nawet zwycięstwa. Dlatego o ile podkreślanie w serialu, że Hulkenberg czy Grosjean to potencjalni mistrzowie wywołuje uśmieszek na twarzy fana, o tyle jest to jedynie delikatne podkoloryzowanie, a nie skandaliczne kłamstwo.

F1
Pirelli Motorsport

Realizacja serialu

Kolejny słodko-gorzki punkt programu. Z jednej strony, realizacja stoi na naprawdę najwyższym poziomie. Fantastyczne zdjęcia, część ujęć widzieliśmy już wcześniej w wyścigach, ale pojawiają się też nowe. Dźwięk również jest świetny, chociaż na pewno w wielu momentach sztucznie podkręcony (piszczące opony na żwirze?). Ogólnie wrażenia płynące z oglądania są jednak bardzo pozytywne, chociaż wprawne oko fana F1 zauważy trochę magii montażu. Nie wszystko wyglądało tak, jak widzimy to na ekranie. Wykorzystano dużo kraks z ubiegłych lat, reakcje zespołów/kibiców są pokazane przy sytuacjach innych niż te, których dotyczyły one w rzeczywistości. To są minusy próby uczynienia F1 w tej produkcji znacznie bardziej dramatyczną i niebezpieczną.

Na duży minus można zaliczyć polskiego lektora. Od razu słychać, że tłumaczeniem zajmowały się osoby, które całkowicie nie znają się na Formule 1. Pojawiają się między innymi takie kwiatki, jak:

  • „Valeri Bottas”
  • „Piątkowe ćwiczenia”
  • Budżet Williams wynoszący „145 tysięcy funtów”

Napisy również zawierają nieco błędów, ale są już zrealizowane lepiej niż lektor. Zalecam wykorzystanie właśnie napisów w swoich seansach. Większość pomyłek w tłumaczeniu wychwycicie na własną rękę, jeśli znacie angielski w średnim stopniu i temat Formuły 1 nie jest wam kompletnie obcy.

Do kogo skierowane jest F1: Drive to Survive?

Nie da się ukryć, że intencją Netflixa i Liberty Media było trafienie do laików. Serial jest zrealizowany w taki sposób, że wiele rzeczy tłumaczonych jest kilka razy, bardzo dokładnie i wręcz przesadnie. Zadaniem „Drive to Survive” jest dotarcie do potencjalnych nowych fanów Królowej Sportów Motorowych. Moim zdaniem nie ma w tym nic złego. Na szczęście producenci nie zapomnieli o dotychczasowych kibicach. My także możemy liczyć na pewne smaczki zza kulis, które odbierzemy zupełnie inaczej niż osoby stykające się z F1 pierwszy raz dzięki tej produkcji.

Podsumowując, F1: Drive to Survive to produkcja dobra, ale posiadająca swoje niedoróbki. Część z nich zapewne zostanie poprawiona w drugim sezonie, ale raczej nie unikniemy prób zwiększania dramaturgii zdarzeń, które w praktyce nie były nigdy aż tak ważne. Wystarczy jednak przymknąć na to oko i da się to przeżyć. Najważniejsze, że jest to dobra promocja Formuły 1 nowych kanałach. Może Liberty Media zobaczy rosnące słupki oglądalności tej „trochę podkręconej” F1 i pomyśli nad wprowadzeniem pewnych istotnych zmian do sportu? Kto wie!?

F1
Pierre Gasly, Red Bull Racing
Tagi

Oktawian Sadlak

Redaktor serwisu od sierpnia 2017 roku.

Podobne

Close